Szukaj

niedziela, 19 sierpień 2018
Strona główna arrow Prasa arrow Atomowi uchodźcy


Atomowi uchodźcy PDF Drukuj E-mail
Dodał wtorek
poniedziałek, 21 marzec 2005
Po epoce atomu, która skończyła się, zanim na dobre się zaczęła, dla Żarnowca nadeszły czasy ziemniaka.

Aczkolwiek i tu bywają interesujące problemy technologiczne - mówi Henryk Torbicki, prezes spółki Polpotato, produkującej chipsy i snacki. Ale zaraz dodaje bez entuzjazmu: - Musimy toczyć rynkowy bój z Frito-Lay i Bahlsenem. Ziemniaki... Nie o to mi w życiu chodziło.
Energetyką jądrową pasjonował się już w liceum. Z myślą o udziale w tej wielkiej przygodzie ludzkości wybrał przed ponad trzydziestu laty kierunek studiów - chemię jądrową. W drugiej połowie lat siedemdziesiątych został członkiem zespołu przygotowującego budowę pierwszej polskiej elektrowni atomowej w Żarnowcu. Był zastępcą dyrektora. Po uruchomieniu miał zajmować się bezpieczeństwem. - Na budowie było już sześć tysięcy ludzi. Setki młodych, ambitnych specjalistów, którzy chcieli związać się z Żarnowcem na lata. Zakładali tu rodziny, dostawali mieszkania. Zabrakło im roku, może mniej. Gdybyśmy zdążyli zamontować reaktory... Chyba nie można by było już się wycofać - rozważa Torbicki. Upłynęło ponad dziesięć lat od chwili, gdy Sejm podjął uchwałę, że energetykę jądrową w Polsce można będzie rozwijać dopiero, kiedy pojawią się reaktory nowej generacji. Na jej podstawie Rada Ministrów w grudniu 1990 zadecydowała o postawieniu inwestycji w stan likwidacji.

WYSPA

Reaktor "Maria" w Świerku
Reaktor "Maria" w Świerku
Polpotato wytwarza chipsy w halach, w których produkowano elementy prefabrykowane na potrzeby budowy. Główny budynek, wzniesiony na płycie betonu o grubości trzech metrów i powierzchni dwóch hektarów, ze ścianami wysokości miejscami 12 metrów, stoi pusty. Jego konstrukcja praktycznie uniemożliwia wykorzystanie go do innych celów. Sztormowe wiatry, mrozy i słoty sprawiają, że powoli, ale nieuchronnie zaczyna niszczeć. Pod opuszkami palców wyczuwa się niezwykłą gładkość betonowych ścian pomieszczeń reaktora szalowanych blachą zamiast - jak zwykle - drewnem. - Były niemal jak lustro - mówi profesor Marek Jaczewski z Instytutu Energetyki. - Energetyka jądrowa niesie ze sobą niewiarygodny postęp techniczny. Paliwa kopalne będą coraz droższe, ropy wystarczy na 50 - 70 lat, węgla może na 200. Trzecia część ludzkości gotuje posiłki na nawozie zwierzęcym. Polska powinna mieć energetykę jądrową około roku 2012. Bez niej nie będzie w stanie ograniczyć emisji gazów cieplarnianych - ocenia.
- Staliśmy się wyspą wśród krajów jądrowych - podkreśla profesor Jerzy Niewodniczański, prezes Państwowej Agencji Atomistyki.
- Obawiam się, że za 20 lat nie będzie już w kraju nikogo, kto znałby się nie tylko na energetyce, ale nawet na fizyce jądrowej - ocenia dr Michał Herman z Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej w Wiedniu.

ATOM W CYWILU

Ruiny w Żarnowcu
Ruiny w Żarnowcu
Definitywny kres atomistyki w kraju, który wydał Marię Skłodowską-Curie, nie wydaje się na razie zbyt prawdopodobny. Niemniej nowy wiek dla polskich fizyków jądrowych zaczyna się gorzej niż poprzedni. Badania nad promieniotwórczością rozpoczęto już przed pierwszą wojną światową w Warszawie, Krakowie i Lwowie. W okresie międzywojennym rozgłos zyskały m.in. prace profesorów Wertensteina, Danysza, Pieńkowskiego. W Warszawie Andrzej Sołtan podjął budowę pierwszego cyklotronu. Fizyką atomu zajmował się w Wilnie ojciec dzisiejszego prezesa PAA profesor Henryk Niewodniczański. Wraz z Janem Blatonem dokonał odkrycia "dipolowego promieniowania magnetycznego", które uznaje się za najwybitniejsze osiągnięcie polskiej fizyki tego okresu.
Wybuch wojny przyniósł zwrot. Fizyka jądrowa stała się na pewien czas najważniejszą z nauk. W laboratoriach fizyków pracujących nad konstrukcją bomby atomowej - zatrudnionych w amerykańskim projekcie Manhattan, w hitlerowskich Niemczech, a potem w ZSRR - ważyły się losy świata. I choć bomba, dzięki równowadze sił, zapewniła pokój na dziesięciolecia, jej cień nadal ciąży nad energetyką.
- Już na studiach, w latach czterdziestych, marzyliśmy o wykorzystaniu jej dla dobra ludzkości - wspomina Marek Jaczewski.
Na świecie trwał wyścig zbrojeń, a w Polsce profesor Henryk Niewodniczański budował w piwnicy Wydziału Fizyki Uniwersytetu Jagiellońskiego swój pierwszy mały cyklotron. Uruchomił go na początku lat pięćdziesiątych. Mniej więcej w tym samym czasie laureat pierwszej olimpiady fizycznej w 1952 roku Stefan Chwaszczewski, obecnie wicedyrektor Instytutu Energii Atomowej, został skierowany na studia w moskiewskim Uniwersytecie im. Łomonosowa. Pracował w zespole akademika Arcymowicza nad wykorzystaniem energii jądrowej i termojądrowej w energetyce.
- Zaraziłem się tą ideą na całe życie - mówi.
Mimo zimnej wojny wszędzie kiełkowała myśl o zaprzęgnięciu reakcji jądrowych do służby ludziom, co oznaczało zwolnienie części fizyki jądrowej do cywila. Przełom przyniósł plan prezydenta Eisenhowera "Atom for Peace". Rosjanie zdecydowali się podjąć wyzwanie, dzieląc się swoimi osiągnięciami z krajami satelickimi i włączając je do swych badań.
- Można powiedzieć, że Ośrodek Badań Jądrowych w Świerku zawdzięcza swe istnienie generałowi Eisenhowerowi - uważa prof. Niewodniczański.
Warunki tej współpracy określali rzecz jasna Rosjanie. W Świerku opowiada się do dziś, jak wyznaczono jego lokalizację. Radziecki ekspert wsiadł z polskimi specjalistami do kukuruźnika. W okolicach Otwocka Rosjanin wskazał kciukiem w dół i wyrzekł jedno słowo: "zdies". Z drugiej jednak strony, jak przyznają polscy atomiści, Rosjanie tanio sprzedali sojusznikom wartościowe urządzenia badawcze - cyklotron i reaktor badawczy. Reaktor "Ewa", kupiony za niespełna pół miliona dolarów, bezpieczny, prosty i efektywny, pracował w Świerku 37 lat.

JĄDROWY ZACIĄG

Prof. Stefan Chwaszczewski
Prof. Stefan Chwaszczewski
Jednocześnie z urządzeniami przygotowywano kadry. - To był ten szczególny moment, kiedy władza szukała fizyków i chciała im dawać pieniądze na badania - śmieje się profesor Andrzej Marcinkowski z Instytutu Problemów Jądrowych. Jego rocznik, kończący fizykę w 1955 roku, zyskał wyjątkową szansę. Organizatorzy powstającego Instytutu Badań Jądrowych wyławiali najlepszych absolwentów i proponowali im zmianę miejsca pracy - wyznaczanego wtedy nakazem. W ten sposób Andrzej Marcinkowski, zamiast do liceum w Wejherowie, trafił do baraków na Żeraniu po budowie pierwszego metra i zaczął kurs fizyki jądrowej. W tej pierwszej zorganizowanej dla IBJ grupie było ich 50. Wraz z postępami budowy ośrodka w Świerku przybywało także młodych inżynierów różnych specjalności. Jerzy Kozieł, nim zaczął studia, trzy lata pracował w przemyśle.
- Miałem jeszcze w oczach obraz socjalistycznej fabryki. Tu zobaczyłem uśmiechniętych ludzi, czyste ręczniki i mydło. To mnie od razu przekonało do atomistyki. Tu był inny świat, świat prawdziwej kultury technizcznej. Zarabialiśmy nieźle, ale to nie pieniądze nas trzymały, lecz poczucie głębokiego sensu - wspomina. W ciągu pierwszych lat znaczna część adeptów nowej branży musiała zbudować swoje narzędzia pracy. Ton nadawał założyciel IBJ profesor Andrzej Sołtan, który stale chodził z rękami pokaleczonymi i poobijanymi od narzędzi. Andrzej Marcinkowski budował z kolegami przez sześć lat akcelerator liniowy typu Van de Graaffa w budynku fizyki uniwersyteckiej na Hożej. Pamięta jego oficjalne uruchomienie i moment, kiedy wiązka protonów trafiła na kwarcową płytkę, która zabłysła jak żarówka. To były najlepsze czasy IBJ - lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte. Instytut, pomyślany jako "technologiczny", rozwijał także ambitne badania podstawowe. Dzięki akceleratorowi na Hożej powstało sześć habilitacji, ponad 50 doktoratów i niezliczona liczba prac magisterskich. W Świerku zbudowano według własnych polskich projektów reaktor "Maria", którego pierwszy rozruch przeprowadził w grudniu 1974 Jerzy Kozieł. Rozwijano produkcję izotopów i urządzeń medycznych, badania materiałowe, technikę reaktorową. W ośrodku pracowało w owym czasie prawie cztery tysiące osób. Ale młodsi adepci atomistyki, przychodzący w owych latach do IBJ, nie podzielali entuzjazmu poprzedników. - My, naukowcy, wiedzieliśmy, że to nie jest już "frontowa fizyka" - przyznaje Michał Herman. Lecz stawało się jasne, że atomistyka w Polsce nie będzie miała trwałych podstaw, póki nie powstaną elektrownie jądrowe. Lecz ta idea długo nie mogła się przebić.

KLĄTWA CZARNOBYLA

Kropla chłodzącej wody
Kropla chłodzącej wody
Gabinet prezesa Niewodniczańskiego w PAA należał niegdyś do ministra i wicepremiera Jana Mitręgi. Jest w tym ironia losu, bo Mitręga należał do pierwszych "górników" PRL, sprzeciwiał się "jądrówce" i bronił interesów górnictwa węglowego, powołując się na patriotyczne sumienie. Dopiero, gdy w końcu lat siedemdziesiątych przez ponad 300 dni w roku notowano deficyt energii elektrycznej, władze zmieniły zdanie. Decyzję o budowie elektrowni jądrowej w Żarnowcu podjął już po wprowadzeniu stanu wojennego generał Wojciech Jaruzelski, ówczesny premier. Żarnowiec wystartował późno i pod złą gwiazdą - od początku kojarzono go z reżimem wojskowym oraz radziecką dominacją. Gwoździem do trumny polskiej "jądrówki" była katastrofa w Czarnobylu.
- Kiedy zobaczyliśmy wskazania przyrządów i usłyszeliśmy komunikaty, wiedzieliśmy, że to dramat - wspomina Torbicki. - W pierwszych latach władza hamowała protesty, a gdy zaczęła się demokracja, zostaliśmy sami. Parę osób zrobiło karierę na zablokowaniu tej inwestycji. - Wstrzymanie budowy było decyzją polityczną - przyznaje prof. Niewodniczański.
W nocy, gdy radioaktywna chmura z Czarnobyla znalazła się nad Polską, Jerzy Kozieł obudził znajomą z apteki w Otwocku i poprosił ją o przygotowanie płynu Lugola (preparatu jodowego, chroniącego tarczycę) dla rodziny. Wracając do domu pustymi ulicami, zastanawiał się, co wie o reaktorze RBMK.
Ogromny, wypełniony setkami ton grafitu, mogący wytwarzać pluton dla celów wojskowych: strategiczny reaktor imperium, "wewnętrznie niebezpieczny". W zwykłych wodnych reaktorach energetycznych - takich, jakie kupiono dla Żarnowca -w razie poważnej awarii reakcja jądrowa szybko "siada" w wyniku parowania wody służącej jako spowalniacz neutronów. W RBMK moc ciągle rośnie, nawet tysiąckrotnie. W Czarnobylu doprowadziło to do nie dającego się ugasić pożaru grafitu i w konsekwencji uwolnienia wszelkiego rodzaju radioaktywnych "śmieci". Wiele lat wcześniej w elektrowni na Syberii Jerzy Kozieł zapytał jednego ze słynnych radzieckich inżynierów: Co zrobisz, kiedy ten reaktor"poleci"? Po długiej chwili usłyszał: Nie martw się, do Polski ich nie sprzedamy.
Zdanie specjalistów jest jasne - reaktor RBMK "nie miał prawa" powstać. Nawet w ZSRR do czasu jego skonstruowania istniał zakaz budowy reaktorów z "dodatnim sprzężeniem zwrotnym". Dla Jerzego Kozieła, który większość swego życia zawodowego spędził za pulpitami reaktorów, Czarnobyl był wstrząsem, zwłaszcza, gdy ujawniono, że operatorzy dla przeprowadzenia planowanego eksperymentu wyłączyli wszystkie zabezpieczenia - co w innych reaktorach energetycznych jest niemożliwe - i popełnili niewytłumaczalne błędy. - Zastanawiałem się, czy tych kilkunastu ludzi po prostu naraz nie oszalało - wspomina.
Doktor Herman również widzi w tym szaleństwo - nie ludzi, lecz systemu. - Zabezpieczeń nie wolno wyłączać. Ale partia kazała, no to się wyłączyło. Wszyscy są zgodni: Czarnobyl nie mógł się zdarzyć. Ale zdarzył się. - Nadużyto zaufania społeczeństwa - podkreśla dr inż. Zbigniew Karaczun z SGGW, specjalista od ochrony środowiska i przeciwnik energetyki jądrowej.
- Górę wzięła panika. Atomiści nie są w tym wszystkim bez winy. Byliśmy chyba zbyt pewni siebie i swojej wiedzy. Za szybko budowaliśmy wielkie reaktory, za mało rozmawialiśmy z ludźmi - przyznaje Jerzy Kozieł. I dodaje: - Ale Czarnobyl trzeba wreszcie odmitologizować. I zapomnieć o nim.
Docentowi Andrzejowi Strupczewskiemu, szefowi komisji nadzoru jądrowego w IEA i wieloletniemu ekspertowi do spraw bezpieczeństwa w wiedeńskiej MAEA, zdarzyło się podczas przeprowadzania eksperymentu wypić przez pomyłkę wodę z pierwotnego obiegu reaktora. Wodę z obiegu wtórnego pił już w pełni świadomie, w Finlandii, w obecności reporterów i kamer.
- I co? Żadnych skutków. Żyjemy w radioaktywnym świecie, otacza nas promieniowanie. Dlaczego zatem nie mamy zmysłu, który pozwalałby nam je odczuwać? - pyta. I odpowiada: - Prawdopodobnie nie jest ono zbyt istotne dla naszego życia.

NA TLE EMOCJI

Z polskich fizyków jądrowych w zawodzie pracuje co piąty
Z polskich fizyków jądrowych w zawodzie pracuje co piąty
W wyniku katastrofy w Czarnobylu każdy mieszkaniec Polski został narażony średnio na dawkę niespełna 0,3 mSv (milisivert - tysięczna część siverta, dawka śmiertelna dla człowieka wynosi 7-8 sivertów). Oznacza to, że otrzymaliśmy dodatkowo ok. 1/10 dawki, jaką pochłaniamy rocznie w następstwie naturalnego promieniowania tła (ok. 200 mSv w ciągu całego życia) i bez porównania mniej niż w wyniku jednego prześwietlenia rentgenowskiego. Dawki otrzymane w efekcie katastrofy przez ludność Europy (największe w Bułgarii - 0,8 mSv) stanowiły zaledwie niewielkie części naturalnych różnic w promieniowaniu tła. Dla Polaka roczny pobyt we Francji (350 mSv w ciągu całego życia z naturalnego tła) jest teoretycznie siedmiokrotnie "groźniejszy" niż rok spędzony w kraju po Czarnobylu. Nawet w okolicach fatalnej elektrowni promieniowanie nie przekracza naturalnego, choć najwyższego w Europie promieniowania tła w Finlandii (500 mSv). Przeciętna długość życia należy w tym kraju do najwyższych na świecie. Do tej pory jedynym potwierdzonym skutkiem katastrofy jest pewien wzrost liczby nowotworów tarczycy u dzieci. Przyczyną pogorszenia się stanu zdrowia ludności (m.in. chorób układu krążenia) na dotkniętych katastrofą obszarach Ukrainy i Białorusi jest najprawdopodobniej obniżenie się poziomu życia i stresy związane z podsycanymi, między innymi przez media, obawami przed skutkami promieniowania. Zrobione swego czasu w Kijowie zdjęcia dzieci bez włosów, rzekomo cierpiących na chorobę popromienną, przedstawiały w rzeczywistości pacjentów z "grzybicą strzygącą powierzchowną", pojawiającą się u dzieci, które żyją w złych warunkach sanitarnych.
Jak wynika z raportu Międzynarodowego Instytutu Badań Raka (IARC), Czarnobyl może przynieść łączny wzrost zgonów na raka o dziewięć tysięcy. Raport opracowano, zakładając, że każda, nawet najmniejsza dawka promieniowania zwiększa ryzyko choroby. Jednak według innych teorii dawki poniżej pewnego progu (ok. l Sv) nie pociągają za sobą żadnych niekorzystnych skutków.
Docent Strupczewski przyznaje, że podchodzi do kwestii zagrożeń radioaktywnych bardzo emocjonalnie - od czasu, gdy pracując nad raportem o skutkach zanieczyszczeń środowiska przez energetykę, stwierdził, że średnia długość życia w Wałbrzychu jest niższa o cztery lata niż średnio w kraju. - Niebo zasłaniały tam pyły węglowe. - Tu nie chodzi o hipotetyczne dane dotyczące incydentów jądrowych, lecz o tysiące rzeczywistych ofiar - podkreśla.
Z jego obliczeń wynika, że gdyby ta część energii, jaką wyprodukowały od początku swego istnienia siłownie jądrowe, pochodziła z konwencjonalnych źródeł, kosztowałoby to około miliona ofiar, głównie mieszkańców terenów najsilniej zanieczyszczonych i górników.

"MARIA" I EMERYCI

Jednakże większość przeciwników energii atomowej nie chce słyszeć o ginących górnikach i innych "kosztach zewnętrznych" ani o tym, że energetyka jądrowa jest dla środowiska najmniej szkodliwa. Ekologów i atomistów dzieli mur niechęci i niezrozumienia. Według atomistów jest to głównie mur ignorancji, która -wraz z ograniczaniem programów fizyki w szkołach i na uczelniach - ogarnia coraz szersze rzesze społeczeństwa i elity. Profesor Jaczewski na własne oczy widział demonstrację antyatomową, kierowaną przez nauczyciela fizyki. Strach przed nieznanym powoduje zabobonne emocje związane na przykład z pociskami zawierającymi zubożony uran używanymi w Kosowie lub z transportem paliwa jądrowego przez Polskę. Paliwo poza reaktorem nie jest praktycznie radioaktywne. Atomiści uważają, że protesty ekologiczne przeciw energii jądrowej są nie tylko organizowane, ale po prostu opłacane przez producentów ropy.
- Kiedy zobaczyłem tych samych ludzi demonstrujących przeciw "Pustynnej Burzy", w obronie Saddama Husajna, pozbyłem się złudzeń - irytuje się docent Strupczewski.
Istnieje jednak przynajmniej jeden poważny i rzeczowy argument, którego zwolennicy energii jądrowej nie mogą odrzucić, składając go na karb ignorancji. Otóż z bilansu energii elektrycznej w Polsce wynika, że elektrownia Żarnowiec nie była w ostatnim dziesięcioleciu potrzebna. W wyniku racjonalizacji konsumpcji energii i załamania w najbardziej energochłonnych branżach przemysłu "moce zainstalowane" są o ponad 20 procent większe od potrzeb. Mamy aż nadto elektrowni i turbin.
Dlatego nawet zwolennicy energetyki jądrowej, zajmujący się bilansami energii, choć żałują Żarnowca, już zdążyli go opłakać. Są jednak przekonani, że w wyniku rozwoju gospodarczego -zużycie energii elektrycznej na osobę jest u nas wciąż prawie o połowę niższe od średniej w krajach OECD - zapotrzebowanie na energię wzrośnie z obecnych 140 TWh (terawatogodzin) do 220 TWh. I tak znacznego deficytu nie pokryją ani źródła konwencjonalne, ani wiatraki, ani spalanie słomy.
- Energia jądrowa pojawi się wtedy, kiedy będzie potrzebna. Ale pojawi się na pewno - podkreśla profesor Chwaszczewski.
Jeszcze do ostatniej jesieni sądzono, że nastąpi to już około roku 2015. Po zmianie w ostatniej chwili projektu Założeń polityki energetycznej kraju, perspektywa ta oddaliła się poza rok 2020. Ile od podjęcia pierwszych prac przygotowawczych do uruchomienia "jądrówki" musi upłynąć 12-14 lat. - Musimy zabierać się już do roboty - twierdzi profesor Niewodniczański.
Na razie nie robi się praktycznie nic, nie ma pieniędzy nawet na wstępne prace studialne. Z prawie 700 wykształconych w kraju fizyków jądrowych pracuje w Polsce w swym zawodzie około 150. Z kilkuset inżynierów jądrowych pozostało niespełna 100. Dość liczna ich grupa, rozbitkowie z Żarnowca i związanych z nim instytucji i przedsiębiorstw, trafiła do wielkich firm zajmujących się energetyką jądrową na świecie, ABB Atom, Electricite de France i We-stinghouse'a. Spotkać ich można na przykład w Temelinie. Większość pracuje jednak w Świerku. Zarabiają po kilkaset złotych.
Niesłabnący entuzjazm i nieugiętą wiarę w energię atomową wykazują jedynie weterani z pierwszego zaciągu do polskiej atomistyki. W większości już na emeryturze, nie mogą pogodzić się z faktem, że dziedzina, która za czasów ich młodości była symbolem postępu naukowego i lepszej przyszłości świata, na ich oczach zaczyna w Polsce obumierać, a oni sami, jak ostatni dorożkarze, stają się przedstawicielami ginącego zawodu. Swoje zadanie upatrują w przekazaniu swej wiedzy i doświadczeń następcom. Ale tych na razie nie widać.
Świerk, który w swych początkach i jeszcze długo później był wyspą nowoczesności i efektywności, przypomina dziś zwykłe państwowe przedsiębiorstwo, wyrzucone na mieliznę wirami transformacji. Na bramie związkowe flagi, wewnątrz coraz więcej dzikiej zieleni, rdzy, zacieków na tynkach. Ale reaktor "Maria", nadal jeden z najmłodszych reaktorów badawczych w Europie, pracuje jak dawniej, służąc badaniom naukowym i produkcji izotopów. I jak dawniej przyciąga szkolne wycieczki.
Profesor Chwaszczewski zagląda ciekawie w głąb otwartego zbiornika reaktora. W głębi, wokół prętów paliwowych, nieruchomą wodę rozjaśnia jasnofioletowa poświata.
- Promieniowanie - wyjaśnia z ożywieniem podobnym pewnie do tego, jakie towarzyszyło mu, gdy wyruszał na studia do akademika Arcymowicza.

"Atomowi uchodźcy" - Grzegorz Łyś - Cotygodniowy dodatek bezpłatny do gazety "Rzeczpospolita" - Magazyn; Nr 31 (264), 3 sierpnia 2001
<< wstecz   dalej >>

Sponsor
Hosting w KEI.pl
Reklama
Copyright © 2001 - 2006. Wszystkie prawa zastrzeżone. Mambo. powered by www.webdeco.pl. Hosting w Kei.pl - serwery dedykowane, kolokacja, Kalendarz rajdowy